Anioł pasterzom mówił
dla telefonu Alcatel
Kod: PT674159NUV
Aby otrzymać polifoniczne dzwonki WAP Anioł pasterzom mówił - Kolęda wyślij sms o treści PT674159NUV pod numer 7428
Aby wysłać do znajomego: Wyślij sms o treści +48xxxxxxxxx:PT674159NUV na numer 7428
Cena SMSa wynosi 4 pln (4.88 pln z VAT).

Usługa polifoniczne dzwonki WAP dostępna na telefony Alcatel: S853, OT 757, OT 756, OT 735i, OT 735, OT 556, OT 535, OT 156, C750, C701, C652, C651, C630, C552, C550,
Powered by Wapster.pl Reklamacje: wapster@wapster.pl | Aby skorzystać z tej usługi musisz mieć skonfigurowany telefon do połączeń z WAP.
Wierszyk...
Wziął go wicher i uniósł na ognistym wozie. Leciał rozzuchwalony w powietrzu i w grozie, Płaszcz swój zrzucił na ziemię, by z wyżyn rozstania Płaszczem ziemi dosięgnąć na znak pożegnania. I odtąd już go nigdy na ziemi nie było. Wszechświat stał mu się błędną wokół bezmogiłą. Ledwo skrzyć się nadążył rozbłyskaniec boży, By światłem zmuskać stada zdziczałych bezdroży. W twarz go biły obłoków wzburzone jaśminy, Wóz miotał w byle wieczność ognia rozprószyny, A on patrzył w to tylko, co w dal się rozwidnia, I górując - dołując, mknął, jak śród białydnia! Jęczała Nieskończoność, kół miażdżona złością, A gwiazdy rozpaczały nad Nieskończonością! Zezem spojrzał na Wenus, w jej śmigłe zaświaty, Gdzie się gęstwił do lotu ptak żywcem liściaty, Co zaledwo się różnił od dębów i sosen I tą właśnie różnicą leciał w sen-pierwosen. Prażywicznych wybroczyn leśne ustoiny Wywiały czad istnienia w pobliża męt siny, I mroki, woń ożywczą węsząc bezrozumnie, Zaroiły się wokół wroniście i tłumnie. A prorok przetarł oczy i przynaglił biegu. Rozpędzony na zawsze w tę noc bez noclegu Saturn, niebem zdyszany, dniał w nurtach ciemnoty I biegł ścieżką domyślną - niepochwycień złoty. I Jowisz jak tęczowa przewinął się plucha, I Neptun jak cienista przemknął zawierucha - A wóz boży, płomienie rozchyżywszy czujne, Minął słońca podwójne i słońca potrójne I brnął w gąszcz, gdzie z nicością zmieszane na poły, Włóczą się niedowcieleń pełzliwe męcioły. Tu właśnie samo z siebie wyłonione Śnisko, Mgłami się ocierając o wieczność pobliską, Lęgło w chorym przezroczu jadowitą chatę Z oknami rozwartymi na śmierci poświatę, A niczyje i nikim nie będące ciało Do jej progów omylnym łbem się przyśniwało, By wygoić ich kurzem od dołu do góry Rozjątrzoną bezdomność chciwej szczęścia skóry. Tu tkwiły włóczyzmory, w swym konaniu zwinne, Pstrocinami złych ślepi migotliwie czynne, Strawione zaraźliwym liszajem niebytu, A łase na ułonmą podobiznę świtu... Tu mgławice dłużyły rąk wyłudę białą W schłon próżni, gdzie się dotąd nic jeszcze nie stało - Strzęp świata, zdruzganego na prochy w przestworzu, Bławatkował zadumą o świetlącym zbożu... Ale prorok, w tęsknoty zapodziany trudzie, Nie zważał na to rojne w niebiosach bezludzie Upojony tchem mgławic, zwycięsko rozpędny, Wsparty o krawędź wozu, a sam - nadkrawędny Ścigał bezkres i piersią czuł radość pościgu. A gwiazdy, drobniejące za nim w okamigu, I światy, co we wprawnym kołują obłędzie, I to życie, co pragnie trwać zawsze i wszędzie, I ziemskiego pobytu krzątliwa śródzielność, Świat i zaświat i dusza - śmierć i nieśmiertelność - Wszystko zbladło, zmarniało w wyżynnym wspomnieniu. Jak sen, co śnić się nie chce, a śni się wbrew chceniu. A właśnie uwikłany w czepliwym obłoku Trup anioła, przelatał z bielmem śmierci w oku. Dziwny zdał się w pobliżu ogrom tego ciała I małość pustej śmierci, co w nim wciąż malała. Skrzydłami się w pozgonny żal nad sobą śnieżył, Coraz wyżej ulatał coraz wyżej nie żył! Stąd już blisko do Boga! Już Eliasz zobaczył, Jak Bóg Smugą świetlistą w chmurze się zaznaczył. Oczom była dostępna tej Smugi połowa, Resztę, blednąc, zgadywał, a Bóg rzekł te słowa - „Chcę ci wyznać to, czego nie wyznam nikomu. Świat mój mija się ze mną! Źle mi w moim domu! Mogłem niegdyś przymusić nicość jeszcze młodą Do uśmiechu w mrok inny! Mrok nie był przeszkodą... Gdybym dał inny rozkaz, innych snów narzędzie, Czy byłoby inaczej, niż jest i niż będzie ?. . ." - „Śniłem o tym - rzekł prorok. I posłuszny słowu - Śniłem'' - powtórzył ciszej, a Bóg mówił znowu - „Życiem tworzył! ,Tak, właśnie! Nieodparte życie ! Na gwiazdach, na dnie jezior, na pagórów szczycie, W lwich paszczękach, w kłach wężów i w snu pozawzroczach, W jamach krecich, w łzach ludzkich, i w wargach i w oczach, Nawet w miazgach padliny, w tumanach bez treści Jeszcze coś się mocuje, krząta i szeleści! Cóżem jeszcze mógł czynić ? Jaką wybrać drogę ? To - wszystko. Twór skończony. Nic nad to nie mogę!" I głos rozległ się echem i zamilkł niebawem. Eliasz głosu Bożego słuchał mimopławem, Ale biegu nie zwalniał. - „Smugo! - szepnął - Smugo! Niech Cię z chmur tym imieniem wygarniam niedługo, Nim zgaśniesz! .. . A gdy zgaśniesz, znowu powiem: Boże! Nie wiem, gdzie Twoje brzegi, a gdzie znoje morze ? Lecz wiem, żem policzony pomiędzy Twe ptaki Chcę lecieć w Twoją przyszłość! O, daj mi lot taki!" Zaiskrzyła się Smuga - i mrok bez oporu Przyjął skrę... Coś błysnęło w pamięciach przestworu, Lecz nastała ta cisza, co nic nie pamięta. Słychać było, jak czas się po gwiazdach wałęta... I rzekł Bóg: - „Chciałbym ciebie zachować zazdrośnie Mym niebiosom. - Spójrz! Wszechświat ma się już ku wiośnie !" Eliasz z wozu wynurzył swą pierś i urwiście Zwisł nad głębią i dłonie w przód rozwiał, jak liście, I tak trwał, niby nagła mroków uroślina, Co pnączem swego ciała w bezmiary się wspina, I wargami zmacawszy chłód gwiezdnych przezroczy, Do Boga wzwyż i na wprost mówił w cztery oczy: „Tak, mogło być inaczej ! Słowa śmiesznie złote Dla zbłagania ciemności! Chcę iść w tę Innotę, Chcę być tam, gdzieś nie bywał! Chcę walczyć sam na sam! Niech czuję, że zwyciężam, lub wiem, że wygasam! Chcę wzburzoną swobodą przekroczyć mą dolę! Puść mię tam - w bezbożyznę! Puść - na wolną wolę! Postroń wszystko, co było! Nie poskąp mi lotu! Już - z Tobą! . . . Już - bez Ciebie! . . . Nie żądaj powrotu!" Smuga zgasła, i Eliasz wziął jej Zmrok za zgodę. Wiatr pobruździł głąb nieba, jak jeziorną wodę, A on pędził naoślep i Zgasłą ominął. Wolny, Bogu zbyteczny - sam teraz popłynął Wyżej i niebezpieczniej w ten zmierzch ponadniebny! Gdzie już nie ma stworzenia i Bóg - niepotrzebny! Wszechświat skończył się... w oczach, niby gwiazd utrata, Utkwiła mu ta nagła skończoność wszechświata. Zmógł się z lotem ostatnią swych pragnień bezsiłą. I odtąd już go nigdy w wszechświecie nie było. Wóz się zachwiał. Skry jego, niby ślepie wilcze, Lśniły, przejrzawszy na wskroś zamysły tubylcze. I spełniło się:.. Eliasz czuł przez jedną chwilę, Ze spełniło się właśnie... I czuł tylko tyle... Pochłonęła go drętwa i pilna Ciszyzna. Wiedział, że Bóg - daleko - że nic mu nie wyzna. Dreszcz lęku w nim zanikał raz jeszcze - raz jeszcze - I wstrząsnęły nim obce ciału przeciwdreszcze. Czekał, do jakich mroków pierś chętną dołoni? Dłoń wyciągnął w niewiedzę... Lecz minął czas dłoni! Rozwarł oczy... Czas oczu minął niepochwytnie! Już nie było błękitu, więc trwał bezbłękitnie. Dróg, nie było, więc drogi na pewno nie zmylił, I z wozu gasnącego w bezświat się wychylił, By stwierdzić jasnowidztwem ostatniego tchnienia Możliwość innej jawy, niż jawa Istnienia! --