serce miłość wzorek wzór serduszka wzorki miłosne wzory serduszko serca
dla telefonu Philips
Kod: B3302271NUV
Aby otrzymać kolorowe tapety - wyślij sms o treści B3302271NUV pod numer 7428
Aby wysłać do znajomego: Wyślij sms o treści +48xxxxxxxxx:B3302271NUV na numer 7428
Cena SMSa wynosi 4 pln (4.88 pln z VAT).

Usługa kolorowe tapety dostępna na telefony Philips: 760, 755, 660, 655, 650, 639, 636, 568, 535, 530, 362, 355, 350, 162,
Powered by Wapster.pl Reklamacje: wapster@wapster.pl | Aby skorzystać z tej usługi musisz mieć skonfigurowany telefon do połączeń z WAP.
Wierszyk...
ich płacz nieutulony przyszły świat zamąciły. Choćby on był znajomy, lecz czas bystry z natury oślepł nagle po części skutkiem palanta, w którym nam dopisało szczęście. III """""""""""""""""""""""""" Przeszklona cegła w dali błękit kopuły maże i bazgrze, jak paraliż, co dotknął naszych marzeń, pragnąc ożywić przestrzeń. Widok tych brył aż mrowi, może zbić z nóg i jeszcze dać mata rozumowi. IV Nowy pszczeli rój zajmie pewnie te ule liczne stwarzając w nich mieszkanie i miody elektryczne. Dzieci nas wyprą z pieleszy do podmiejskich ogrodów pamięci, by oko cieszyć formami pustki znowu. V Nauczy je natura tego, co sama wie, co jak wiersze wykuła: bieg czasu itd. Dodadzą do liczby"100" 0bluszczowe zawiłości, jak nie wieczności, to szukając stabilności. VI Codzienne przekłamania tak jak brzęczenie much są nie do wytrzymania, lecz wyostrzą im słuch. Co srebro, co miedź, powie im własny ząb najprościej. Nauczy je listowie szumieć głosem większości. VII A po nas nie zagłada - na potop starczy wiosła - lecz diabla sprawka stada z liczby mnogiej wyrosła. Choć tryumf ikry szarej nad rybą - nie grzech niski, anioły nie komary, nie starczy ich dla wszystkich. VIII Wietrzny dzień letni. Tu odory nieczystości przyćmiewają woń bzu. Zrzędzę, jak ten, kto w ciemności odchodzący świat, gdy złapać miał szansę znikomą, czuł, że czyniąc zło, my jeszcze nie wiedzieliśmy - komu. IX Letni dzień. Ogród niemy. Cichnie, to zbliża się znów policyjnej syreny dźwięk, niby przyszłość słów. Nad kubłem kilka ptaków szuka ziarna wśród śmieci. Wokół głowy jak Saturn ból krąży, nie odleci. X Im bardziej szczery muzyk, tym rzadziej będzie gościć w jego rękach tamburyn, by śpiewać o miłości. Jeśli do ognia sięga i próbuje topora, nie jest spocona ręka już do szarpania skora. XI To nie jest strach przed nożem, lęk przed zasadzką, trema, lecz przed granicą może poza którą nas nie ma. Zdjęcie Księżyca złości i niepokoje mnoży: życia, jak miary długości, nie ma do czego przyłożyć. XII I wiek i tysiąclecie same prą ku końcowi, by nie brał się nikt na świecie do bomby lub ołowiu. I zginą niezawodnie dzieła wielkie i znane nie od miecza - od spodni gorączkowo ściąganych. XIII Przyszłość jawi się czarno z powodu ludzi, nie dlatego, że tak marną może wydawać się mnie. Dzieci jakby na kredyt widzą - cóż, taki czas - już nie to, co my wtedy, a na pewno nie nas. XIV W oczy patrzeć nie lubi żylasty zawadiaka. Ten uliczny cherubin przyssany do lizaka z procy do wróbla mierzy, co w gałęziach się kryje, nie myśli "trafię" - wierzy, bo w głowie ma "zabiję". XV Spryt jest istotną stroną sieroctwa rzeczy, prawie od piersi odstawionej. Podziw dla pryszczy sprawia, że staje się udziałem wzroku, gdy krąg zatoczy, spłaszczony świat widzialny, a w pionie krótkowzroczny. XVI Przestrzeń strzępów nie zbiera na zapas - to usterka. I w efekcie rad nierad ten, kto na sufit zerka, gdy kładzie się do łóżka - a nie pogrąża się w snach - nie leży na poduszkach, ale wspina się na. XVII Ta piosenka bez końca jest skutkiem pokrewieństwa, to serenada ojca, aria mniejszości, często sumie ciał grane partie, zwanej potocznie gminem, który zajmuje parter aż po samą kurtynę. XVIII Pogodny letni dzień. Dziecięce gry, bieganie. Drzewo i jego cień, który kładzie się na mnie. Szarpane wiatrem chmury i plusk od stawu głuchy. Pionowy promień, który wisi jak lep na muchy. XIX Dzieci sączą sok, czasem robią kleksy na trawie, mnożąc się niby niby piasek, który sprzyja zabawie. Ich wzrok w tamtą dal sięga, gdzie ręką zwiniętą w pięść lustra, które brał Stendhal ze sobą, nie da się wnieść. XX Rozwiną nasze zwyczaje, cechy, głosy (przyroda w tym przypadku znak daje, że w cuda jest uboga). Wysuną szczękę, pierś wypną, zniekształcą obraz cały swą złością, aby tylko cofać się nie musiały. XXI Dzieci dążą do przodu, do końca. Tak, jak tkanka dla przedłużenia rodu podda się, tak mieszanka ułamka z zerem i błoto z leukocytami, tak będzie poddawać się krew, po to, by uniknąć krzepnięcia. XXII To jest rola materii w czasie - jak widać z tego - by poddać, prawem serii, Wszystko władzy Niczego. Żeby zapełnić ogród błękitnego marzenia, własne cechy na powrót na nicość się zamienia. XXIII Tak na pustyni namiot usłyszy tamburyny; tak się w pośpiechu kawior wrzuca do ultramaryny; brudząc kartkę po słowie przecinek, kropkę dasz; tak bywa, gdy ktoś powie "tylko ty" patrząc w twarz. Dając nam tylko receptę na fałsz? Pogodę - tylko rozmyślną tępotę, Mądrość - jedynie wiedzę o matwych sekretach, Bezużytecznych w mroku, w który spoglądali Lub od którego odwracali oczy. Jest, jak się wydaje, W najlepszym razie tylko przybliżona wartość W wiedzy wynikłej z doświadczenia. Wiedza narzuca wzór, i przez to spacza, Gdyż wzór jest nowy w każdej chwili, A każda chwila jest nową i szokującą Oceną tego, czym byliśmy. I tylko nie zwodzi To, co nas zwodząc nie może już szkodzić. W środku, nie tylko w środku drogi, Lecz na całej drodze: w środku lasu, w gąszczu jeżyn, Na brzegu bagien, gdzie nie ma bezpiecznej piędzi ziemi, Straszeni przez potwory i błędne ogniki, Narażeni na czary. Nie chcę słyszeć O mądrości starców, lecz o ich szaleństwie, O ich lęku przed lękiem i szałem, lęku przed opętaniem, Należeniem do kogoś drugiego, do innych albo do Boga. Jedyna mądrość - którą możemy osiągnąć, Jest mądrością pokory: pokora jest nieskończona. Wszystkie domy zniknęły, zalało je morze. I tancerze zniknęli, przykryło ich wzgórze. III O ciemno ciemno ciemno. Wszyscy odchodzą w ciemność, W próżnię przestrzeni międzygwiezdnej, istoty puste w pustkę, Kapitanowie, bankierzy, znakomici pisarze, Hojni patroni sztuk, mężowie stanu i władcy, Wysocy urzędnicy, prezesi rad nadzorczych, Potężni przemysłowcy, drobni handlarze - wszyscy odchodzą w ciemność; I gaśnie słońce i księżyc, i Almanach Gotajski, I Gazeta Giełdowa, i Skorowidz Dyrektorów, I stygnie rozum, i traci motywy działania. I wszyscy podążamy z nimi w milczącym orszaku, Na niczyim pogrzebie, bo grzebać nie ma kogo. Powiedziałem do duszy mej, bądź spokojna i pozwól, by ciemność zstąpiła na ciebie, Bo będzie to ciemność Boga. Jak w teatrze - Światła zostały zgaszone, by zmienić scenę Z pustym dudnieniem kulis, z przesunięciem ciemności na ciemność; I wiemy, że wzgórza i drzewa, daleka panorama I dumna, imponująca fasada zostały uprzątnięte - Lub jak w metrze, gdy pociąg zbyt długo stoi pomiędzy stacjami I rozmowa narasta, a potem z wolna przechodzi w milczenie, I widzisz poza każdą twarzą coraz głębszą pustkę I wzrastające przerażenie - że nie ma o czym myśleć; Lub pod narkozą, gdy umysł jest świadom, lecz świadom niczego; Powiedziałem do duszy mej, bądź spokojna, czekaj bez nadziei, Bo byłaby nadzieją niewłaściwych rzeczy; czekaj bez miłości, Bo byłaby miłością niewłaściwych rzeczy; jest jeszcze wiara, Lecz wiara, nadzieja i miłość - wszystkie są w oczekiwaniu. Czekaj bez myśli, bo nie jesteś gotowa do myśli: Tak że ciemność będzie światłem, a bezruch tańcem. Szept wartkiego strumienia i zimowa błyskawica. Dziki tymianek nie dostrzeżony i leśna poziomka, Śmiech w ogrodzie, zachwyt zdwojony echem, Nie utracony, lecz wymagający - wskazujący na udrękę Narodzin i Śmierci. Mówisz, że powtarzam To co mówiłem uprzednio. Powiem to raz jeszcze. Czy mam to powiedzieć jeszcze raz? Aby dotrzeć tam, Aby dotrzeć tu, gdzie jesteś, aby wyruszyć stamtąd, gdzie ciebie nie ma, Musisz iść drogą, na której nie ma ekstazy. Aby dotrzeć do tego, czego nie wiesz, Musisz iść drogą, która jest drogą niewiedzy. Aby posiąść to, czego nie posiadasz, Musisz oddać to, co posiadasz. Aby dojść do tego, czym nie jesteś, Musisz iść drogą, na której nie ma ciebie. A to, czego nie wiesz, to jedyne, co wiesz A to, co posiadasz, jest tym, czego nie posiadasz A tam, gdzie jesteś - nie ma ciebie wcale. IV Jedynym zdrowiem jest choroba Jeśli słuchamy konającej siostry, Która nas nie chce zadowolić, Lecz przypomina naszą i Adama klątwę: Aby ozdrowieć, musimy umierać. Ziemia jest naszym ogromnym szpitalem, Który milioner zrujnowany wzniósł, Gdzie każdy zdrowy umiera powoli Wśród absolutnej ojcowskiej kontroli, Która nas nie opuści, lecz w końcu wyzwoli. Od stóp do kolan pełznie mróz Gorączka śpiewa w mózgu zwojach. Aby się ogrzać, muszę marznąć, Dygotać w czyśćca lodowatych zdrojach, Których różami płomień, a cierniami dym. Najpierw - zimne ścieranie się gasnących zmysłów Bez oczarowań oraz bez obietnic, Owocu-cienia tylko gorzki bezsmak, Gdy duch i ciało zaczynają się rozdzielać. Potem świadoma swej bezsiły wściekłość Na szaleństwa ludzkości i okaleczenie Śmiechem ze spraw, które przestały bawić. W końcu rozdzierająca męka odtworzenia Wszystkiego co robiłeś i czym byłeś; wstyd Motywów późno ujawnionych i świadomość Czynów spełnionych źle lub z krzywdą innych, Któreś brał wtedy za ćwiczenie cnoty. Pochwały głupców kłują, a honory plamią. Od zła do zła duch idzie rozjątrzony, jeżeli nie odrodzi go oczyszczający płomień, W którym, w rytmie, poruszać musisz się - jak tancerz. IV I wszystko będzie dobrze I wszelkie sprawy ułożą się dobrze Gdy języki płomieni splotą się W węzeł ognistej korony A ogień i róża - staną się jednym. tlum. Krzysztof Boczkowski W sennym królestwie śmierci Nigdy się nie ukarzą: Tam na złamanej kolumnie Oczami będzie blask słońca Tam tylko chwieją się drzewa I głosy, kiedy wiatr śpiewa, Są dalsze i uroczyste Niż gwiazda blednąca. I obcym nie był bliżej W sennym królestwie śmierci Niechaj jak inni noszę Takie umyślne przebranie Patyki stracha na polu Szczurzą sierść, pióra wronie Niechaj jak wiatr wieję się skłonię Nie bliżej - Niech ostatecznie ominie spotkanie W królestwie ni światła ni cienia III Tutaj kraina nieżywa Kraina kaktusowa Tu hodują kamienie Obrazy, ich łaski wzywa Dłoń umarłego błagalnie wzniesiona Pod migotem gwiazdy blednącej. Czy tak samo jest tam W drugim królestwie śmierci Czy budzimy się zupełnie sami W godzinę kiedy wszystko w nas Jest czułością i czystymi łzami Usta chcą pocałunku A modłą się do złamanego kamienia. IV Nie tu są oczy Nie ma tu oczu W tej dolinie umierających gwiazd W tej wydrążonej dolinie Złamanej szczęce naszych utraconych królestw W tym ostatnim miejscu spotkania Na oślep szukamy Nieufni i niemi Na żwirach zgromadzeni pod opuchłą rzeką Na zawsze niewidomi Bo nie ukażą się oczy Gwiazda nieustająca Wielolistna róża Królestwa śmierci bez świateł ni cienia Nadzieja tylko Pustych ludzi V Więc okrążajmy kaktus nasz Kaktus nasz kaktus nasz Więc okrążajmy kaktus nasz O piątej godzinie rano Pomiędzy ideę I rzeczywistość Pomiędzy zamiar I dokonanie Pada Cień Albowiem Tuum est Regnum Pomiędzy koncepcję I kreację Pomiędzy wzruszenie I odczucie Pada Cień A życie jest bardzo długie Pomiędzy pożądanie I miłosny spazm Pomiędzy potencjalność I egzystencję Pomiędzy esencję I owoc jej Pada Cień Albowiem Tuum est Regnum Albowiem Tuum est Życie jest Albowiem Tuum est I tak się właśnie kończy świat I tak się właśnie kończy świat I tak się właśnie kończy świat Nie hukiem ale skomleniem. Na Żoliborzu są ulice takie śliczne, takie topole, a w tropach taki wiatr, Gdy przyjdzie wieczór, świecą światła elektryczne i tak mi dobrze, jakbym miała osiem lat; mówisz: "Kochana!" Ja ci mówię: "Mój kochany!" i tak chodzimy i na przełaj, i na w skos, a w tej ulicy, która idzie na Bielany, jest tyle świateł, jakby Szopen nucił coś - i tak się trudno rozstać, i tak się trudno rozstać, no, nawet jesli trochę pada, to niech pada - i tak się trudno rozstać, i tak się trudno rozstać, nas chyba tutaj zaczarowałć musiał deszcz. III Ja na początku przez trzy lata byłam w Łodzi, A teraz tutaj mam posadę w AWF, i byłam sama, potem zaczął on przychodzić, pracuje w radio, muzykalny jak sam śpiew; więc z nim piosenki sobie czasem różne nucę, on czasem skrzypce weźmie, na nich dla mnie gra - a co wieczora na Żoliborz autobusem do tej topoli, która nas tak dobrze zna - i tak się trudno rozstać, i tak się trudno rozstać, no, nawet jeśli trochę pada, to niech pada - i tak się trudno rozstać, i tak się trudno rozstać, nas chyba tutaj zaczarować musiał deszcz. Nie zwyczajny - lecz zaklęty: Pokład pusty, burta pusta, Poprzez burtę fala chlusta, Wicher pędzi go i nagli, Chociaż nie ma na nim żagli. Lecz co dzień koło południa Pokład nagle się zaludnia: Dźwięczą głosy, dudnią buty, Ukazuje się z kajuty Twarz przepita i czerwona Kapitana Palemona... Jego broda rozwichrzona, Oczy ostre jak sztylety, Dwa za pasem pistolety, Jednym słowem - postać dzika Kapitana - rozbójnika. Ukazuje się załoga Rozbójnicza i złowroga: A więc sternik-kuternoga, Pięćdziesięciu marynarzy, Starszych zbójów i korsarzy, A na końcu kucharz-Chińczyk I kudłaty pies pekińczyk. Gdy zaczyna szaleć burza, Okręt w nurtach się zanurza I na morskim dnie osiada, Gdzie niejedna śpi armada. To kraina niezmierzona Kapitana Palemona. Tam z kryształu są pałace, Tam korsarze kończąc pracę Odbywają uczty swoje, Tam planują swe rozboje, Tam chowają swe zdobycze, Tam małżonki rozbójnicze Śpią na skórach rozciągniętych, Pośród złotych ryb zaklętych. Ośmiornice straż tam pełnią, Księżyc złotą swoją pełnią Koralowy gaj oblewa, W którym chór rusałek śpiewa. Płynie okręt przez odmęty, Nie zwyczajny - lecz zaklęty, Z dna wypływa na powierzchnię, A gdy tylko dzień się zmierzchnie, Okręt wznosi się do góry Nad obłoki i nad chmury I zawisa niespodzianie W lazurowym oceanie. To kraina niezmierzona Kapitana Palemona. Tam gdzie mleczna biegnie droga, Schodzi sternik-kuternoga, I kapitan, i załoga. Z grubej blachy księżycowej Wykuwają pancerz nowy I gwiazdami z firmamentu Przybijają do okrętu. Tam na szczycie srebrnej góry Mieszka ptak ognistopióry, Żeby w jego piór pożodze Ciepło było spać załodze. Błyskawice straż tam pełnią, Księżyc srebrną swoją pełnią Szmaragdowy mrok oblewa, W którym ptak ognisty śpiewa. III Już w tronowej wielkiej sali Królewicze się zebrali, Siadły obok nich królewny Tłumiąc w sercach smutek rzewny. W oddaleniu, jak wypada, Stanął rząd i dumna rada, Stary kanclerz z twarzą czerstwą, Poczet książąt i rycerstwo. Z królewiczów wstał najstarszy, Piękne czoło groźnie zmarszczy, Słucha rząd i dumna rada, A królewicz tak powiada: My, waleczni królewicze, Przez odmęty tajemnicze Wyruszamy jutro w drogę. Mamy okręt i załogę, Rusznikarzy mamy dzielnych, Dziesięć armat szybkostrzelnych, Nurków zastęp wyćwiczony, Broń, latawce i balony, I latarnię czarnoksięską, Która chronić ma przed klęską. Siostry z nami się zabiorą, A więc jedzie nas ośmioro. Cały świat przewędrujemy, Aż w kajdanach przywieziemy Kapitana Palemona. Sprawa jest postanowiona. Niech tymczasem dumna rada Mądrze państwem naszym włada, Rząd niech pieczę ma nad ludem, Niechaj kanclerz zbożnym trudem Dla zwycięzcy tron zachowa, Król to będzie czy królowa! Całą noc i dzień bez małą Pożegnalna uczta trwała. Rzeką lał się miód stuletni I bawiono się najświetniej. A w przystani na kotwicy, Walcząc z wichrem nawałnicy, Stał, jak delfin rozpostarty, Okręt Król Fafuła Czwarty. Królewicze i królewny Pożegnali wszystkich krewnych, Rząd i radę pożegnali I na okręt się udali. Świszczą liny okrętowe Do podróży już gotowe, Furczą żagle, skrzypią reje, Wyjąc - wiatr pomyślny wieje. Płynie okręt przez odmęty W świat nieznany, niepojęty. Fale pienią się i ryczą, Biją serca królewiczom, A królewnom w tajemnicy Śnią się morscy rozbójnicy. IV Mija tydzień, drugi, trzeci, Okręt lotem wichru leci, Niecierpliwi się załoga, Że nie widać nigdzie wroga. Królewicze z bezczynności Na pokładzie grają w kości, A królewny w swych kajutach Robią ciepły szal na drutach. Naraz jedna z nich powiada: Ja bym była bardzo rada, Gdyby postać wymarzona Kapitana Palemona Ukazała się w kajucie. A ja dziwne mam przeczucie - Rzecze druga - że z nas jedna Z tym korsarzem się pojedna I zostanie pokochana Przez strasznego kapitana. Rzecze trzecia: Jako żona Kapitana Palemona Jedna z nas królową będzie. Czwarta na to: Niech przybędzie, Niech podejmie walkę z braćmi I odwagą wszystkich zaćmi. Ledwie rzekły to królewny, Runął z nieba wicher gniewny. Porwał liny, stargał żagle, Ciemna noc zapadła nagle, Skotłowały się bałwany I w ten odmęt skotłowany Uderzyła nawałnica. Mrok rozdarła błyskawica I jej światło zielonkawe Ukazało dziwną nawę, Która w mrokach, na obłokach W dół spuszczała się z wysoka. Królewicze patrzą z trwogą I zrozumieć nic nie mogą: Płynie okręt przez odmęty, Nie zwyczajny - lecz zaklęty, Wicher pędzi go i nagli, Chociaż nie ma na nim żagli, I z daleka już dolata Jego srebrnych blach poświata. Rozhukały się armaty, Biją w środek tej poświaty, Przez latarnię czarnoksięską Jasność sączy się zwycięsko, Rozpryskują się pociski Po spienionej fali śliskiej. Odrzucono pistolety. Królewicze przez lunety Patrzą w ciemną dal i sami Już kierują armatami, Płynie okręt przez odmęty, Nie zwyczajny - lecz zaklęty, Niby stwór niesamowity W zielonkawą mgłę spowity. Pokład pusty, burta pusta, Poprzez burtę fala chlusta, A on płynie jak na skrzydłach Prosto z bajki o straszydłach W ciemność, w burzę i w zawieję I w ciemności olbrzymieje. Kto go ujrzy choć z daleka, Tego śmierć niechybna czeka. Królewicze więc od razu Dali rozkaz. W myśl rozkazu, By móc patrzeć w tamtą stronę, Każdy włożył szkła zaćmione, Szkła przedziwnie szlifowane, Czarem snu zaczarowane. W królewiczach zapał płonie: Kapitanie Palemonie, Nie bądź tchórzem, wyjdź z ukrycia, Walcz, nie żałuj swego życia! Ale okręt pustką zieje. Przez odmęty, przez zawieje Lekko mknie po fali śliskiej, Nie trafiają weń pociski, Maszt nietknięty w górze sterczy, I jedynie śmiech szyderczy, Straszliwego kapitana Dźwięczy w wichrach i bałwanach. V Z królewiczów jeden rzecze: Na nic kule, na nic miecze. Kapitana Palemona Oręż zwykły nie pokona. A to dla nas kwestia tronu! Wsiądźmy razem do balonu, Wieje właśnie wiatr północny, Wiatr ten będzie nam pomocny. Napadniemy okręt wraży, Uderzymy na korsarzy Granatami, latawcami, Nie poradzą sobie z nami! Projekt został wnet przyjęty: Balon wzniósł się nad odmęty, Wicher pognał go przed siebie I pogrążył w mrocznym niebie. Lecą dzielni królewicze W dale mgliste i zwodnicze. Zimny wiatr napełnia płuca, Balon szarpie i podrzuca, I nad wrogi niesie statek. Dobywając sił ostatek, Królewicze w jednej chwili Na piratów uderzyli. Przebiegają pokład żwawo, Patrzą w lewo, patrzą w prawo: Pokład pusty, burta pusta, Poprzez burtę fala chlusta. Z kim tu walczyć? Gdzie załoga? Na okręcie nie ma wroga! I okrętu nie ma wcale, Jeno płynie poprzez fale Księżycowa mgła zielona, Której oręż nie pokona. Królewicze byli wściekli, Że w tę mgłę się przyoblekli I że wiatr ich niesie żwawo Z tą zaklętą, dziwną nawą. Ale już koło południa Nawa nagle się zaludnia. Ukazuje się załoga Rozbójnicza i złowroga: A więc sternik-kuternoga, Pięćdziesięciu marynarzy, Strasznych zbójów i korsarzy, A na końcu kucharz-Chińczyk I kudłaty pies pekińczyk. Nie ma tylko kapitana. Cóż za sprawa niezbadana? Gdzie przebywasz? W jakiej stronie, Kapitanie Palemonie? Przybliżyli się korsarze, Królewiczom patrzą w twarze. Co za jedni? Skąd się wzięli? Czy zjawili się z topieli? Szczerzy zęby kucharz-Chińczyk, Obwąchuje ich pekińczyk, Każdy milczy, każdy czeka, Nawet pies - i ten nie szczeka. Nagle sternik śmiechem parska, Parska śmiechem brać korsarska, Aż za brzuch się trzyma kucharz, Nawet pies ze śmiechu spuchł aż. Wreszcie sternik tak powiada: Jest to zwykła maskarada! Myśmy rząd i dumna rada. Król Fafuła w testamencie Zlecił takie przedsięwzięcie, By wybadać wasze męstwo. Osiągneliście zwycięstwo I pochwały, i zdobycze, Wielce dzielni królewicze. Właśnie są królewny cztery, Które mają zamiar szczery Ofiarować wam swe trony, Wybór jest postanowiony. Cztery statki stoją w porcie - Z wygodami i w komforcie Do swych królestw pojedziecie, By zasłynąć w całym świecie! Tak już czeka lud stęskniony, Złote berła i korony. Gdy to sternik rzekł, korsarze Odmienili swoje twarze, Zdjęli wąsy, zdjęli brody I wrzucili je do wody. Królewicze są jak we śnie: Spoglądają jednocześnie Na sternika, co zamierza Przeistoczyć się w kanclerza, Przyglądają się obliczom Dobrze znanym królewiczom, Członków rady obejmują, Z ministrami się całują. Zaraz kanclerz na okręcie Wydał na ich cześć przyjęcie I rzekł żartem w swej przemowie: Czterech królów piję zdrowie: Karowego, Kierowego, Pikowego, Treflowego. Zmarły król Fafuła Czwarty Bardzo lubił zagrać w karty. Uczta była znakomita, Każdy najadł się do syta, Rzeką lał się miód stuletni I bawiono się najświetniej. VI A w kajutach swych królewny Rozważają los niepewny: Odlecieli królewicze W dale mroczne i zwodnicze, Może już nie żyją, może Powpadali wszyscy w morze? A tu przyjdą rozbójnicy, Tacy straszni, tacy dzicy, I królewny uprowadzą, I do ciemnych lochów wsadzą. Jak się bronić przed tą zgrają? Gdy tak smutnie rozmyślają, Nagle drzwi się otwierają, Wchodzi młodzian bardzo zgrabny, Bardzo młody i powabny, I królewnom ukłon składa. Żadna z nich nie odpowiada, Jednocześnie wszystkie zbladły I jak stały, tak usiadły. Wyciągają drżące dłonie: Nie zabijaj, Palemonie! Młodzian znowu ukłon składa, Po czym śmiejąc się powiada Wprost bez żadnej ceremonii: Jam jest władcą Palemonii, Król Palemon, proszę bardzo, Niechaj panie mną nie gardzą, Łagodnego jestem serca I nikogo nie uśmiercam. A historia o piracie To jest bajka, czy ją znacie? Choć to bajka nieprawdziwa - Sens ukryty w bajce bywa. Zapłoniły się królewny Tłumiąc w sercach smutek rzewny: Wymarzyły w snach pirata, A tu król jest! Taka strata. Los niekiedy figle płata. Król Palemon się przywitał, Siadł, o zdrowie grzecznie pytał I rozwodził się nad statkiem, I rozglądał się ukradkiem. Trzy królewny były cudne: Zgrabne, gładkie, białe, schludne, Czwartej zaś los figla spłatał: Czwarta była piegowata, Niepozorna i brzydula. Uśmiechnęła się do króla. A ślicznotki trwały dumnie. Brzyduleńko, zbliż się ku mnie - Rzecze król Palemon czule. - Chcę za żonę mieć brzydulę! A ślicznotki klaszczą w dłonie: Świetnie, królu Palemonie! Choć siostrzyczka nie jest ładna, Ale dobra tak jak żadna. Niezrównana będzie żona I królowa wymarzona! Ucałował król brzydulę, Pierścień dał, co miał w szkatule - Bo tak zawsze robią króle. VII Połączono dwa okręty: Ten zwyczajny i zaklęty. Wszyscy są już na pokładzie, Stoi rząd przy dumnej radzie, Królewicze i królewny, Król Palemon, poczet krewnych, Nawet stary kucharz-Chińczyk I kudłaty pies pekińczyk. Gdy skończyła się parada, Wyszedł kanclerz i powiada: Król Fafuła w testamencie Zlecił taki przedsięwzięcie, Że korona przeznaczona Jest dla tego, kto pokona Kapitana Palemona. Pokonała go królewna, A więc rzecz jest całkiem pewna, Że jej miejsce jest na tronie Przy małżonku Palemonie. Zaraz kanclerz na okręcie Wydał na ich cześć przyjęcie I rzekł żartem w swej przemowie: Czterech dam wypijmy zdrowie: Bo to jasne jest, że mamy Na pokładzie cztery damy: Jest Kierowa, jest Karowa, I Pikowa, i Treflowa. Zmarły król Fafuła Czwarty Bardzo lubił zagrać w karty! Uczta była znakomita: Każdy najadł się do syta, Rzeką lał się miód stuletni I bawiono się najświetniej. Choć to bajka nieprawdziwa - Sens ukryty w bajce bywa. że powie ci słowa wypróbowane ze mną że w jej włosach poczujesz mój oddech na jej brzuchu napotkasz nocą moje ręce I jeśli czasem wciągając cię w siebie aż do zachłyśnięcia pomyli nasz imiona - nie myśl o mnie z nienawiścią to ja uczyłem ją jak dziecko nie wstydzić się krzyku imion nagich ciał to ja czasem jeszcze mówię do ciebie wtedy myślałem że mówię tylko do niej III Twój cień w jej oczach to mój cień jej głos pełen niepokoju to mój głos gdy ona cofa się z lękiem ja powracam pamiętaj na każde twoje słowo zbyt ostre na każdy gest nie dość szczery ja powracam pamiętaj I jeśli kiedyś sama zapłacze nocą nie wchodź do jej pokoju już ja będę przy niej A w muzycznych lśnieniach = kształt miłości, Która kiedyś zorzy strój przybierze! Dusza wespół z sercem w błędnych wirach Jest już tylko drugą parą oczu, Co, ach! wiążą lotne skry w pomroczu W piosnkę graną na stu naraz lirach! Umrzeć! Śmierć, samotność - koniec sprawy... (Przepłosz, miła, swe lęki motyle!) Tańcząc idą w dal kolejne chwile... Umrzeć! Runąć z tej czarciej huśtawy! III (1) Łzy mżą na dnie serca, Jak deszcz mży ponad miastem. Cóż za ból się wwierca Aż do głębi serca? O, słodki szelest deszczu Na ziemi, na dachach ! Dla serca w męki dreszczu - O, ten miękki śpiew deszczu ! Łzy mżą bez przerwy W sercu, które się dręczy. Co? Żadnej zdrady, winy ? Ten żal - bez przyczyny. Najgorsza to z żałości, Gdy się nie wie, dlaczego... Bez złości, bez miłości, Serce w takiej żałości ! III [2] Coś w moim sercu płacze, Jak płacze deszcz nad miastem... Czymże to wytłumaczę, Że moje serce płacze? Cichy śpiewie ulewny Na dachach i na ziemi... Gdy w sercu smutek rzewny, O szeleście ulewny! Coś płacze bez przyczyny W tym sercu, co omdlewa... Jak to, z niczyjej winy? Ten płacz jest bez przyczyny. W tym najwięcej żałości, Że ja sam nie wiem czemu, Bez gniewu, bez miłości Tyle w sercu żałości. III [3] Łzy padają w serce moje, Jak deszcz pada ponad miastem. Jakież dziwne nieukoje Przenikają serce moje? O łagodny szmerze słoty; Na ulicach i na szybach! Dla tych serc, co mrą z tęsknoty, O harmonio śpiewnej słoty. Łzy padają bez przyczyny W serce, które stygnie w męce. Jak to! nie ma żadnej winy, Smutek przyszedł bez przyczyny. W tym ból największy gości, Że już nie wie się, dlaczego Bez niechęci, bez miłości Tyle smutku w sercu gości. Gwiazda przeciekła do stóp I tak muszę iść twarz pali a podbrzusze jak otwarte okno Kiedy śpisz wiesz o czym ja myślę Lecz czy śpiącą można zbudzić grzecznie Gdzie? kiedy? w jakim sensie i obliczu? Bo grób Twój jeszcze odemkną powtórnie, Inaczej będą głosić Twe zasługi I łez wylanych dziś będą się wstydzić, A lać ci będą łzy p o t ę g i d r u g i e j Ci, co człowiekiem nie mogli Cię widzieć... III Każdego z takich jak Ty ś w i a t nie może Od razu przyjąć na spokojne łoże, I nie przyjmował n i g d y, j a k w i e k w i e k i e m, Bo glina w glinę wtapia się bez przerwy, Gdy sprzeczne ciała zbija się aż ćwiekiem Później... lub pierwej... Paryż - styczeń 1856 r. Gdy podobniałeś - co chwila, co chwila -- Do upuszczonej przez Orfeja liry, W której się rzutu-moc z pieśnią przesila, I rozmawiają z sobą struny cztery, Trącając się, Po dwie - po dwie -- I szemrząc z cicha: "Z a c z ą ł ż e o n U d e r z a ć w t o n ?... C z y t a k i M i s t r z !... ż e g r a... c h o ć - o d p y c h a ?..." III Byłem u Ciebie w te dni, Fryderyku! Którego ręka... dla swojej białości Alabastrowej - i wzięcia - i szyku - I chwiejnych dotknięć jak strusiowe pióro -- Mięszała mi się w oczach z klawiaturą Z słoniowej kości... I byłeś jako owa postać, którą Z marmurów łona, Niźli je kuto, Odejma dłuto Geniuszu - wiecznego Pigmaliona! IV A w tym, coś grał - i co? zmówił ton - i co? powie, Choć inaczej się echa ustroją, Niż gdy błogosławiłeś sam ręką Swoją Wszelkiemu akordowi -- A w tym, coś grał: taka była prostota Doskonałości Peryklejskiej, Jakby starożytna która Cnota, W dom modrzewiowy wiejski Wchodząc, rzekła do siebie: "O d r o d z i ł a m s i ę w N i e b i e I s t a ł y m i s i ę a r f ą - w r o t a, W s t ę g ą - ś c i e ż k a... H o s t i ę - p r z e z b l a d e w i d z ę z b o ż e... E m a n u e l j u ż m i e s z k a N a T a b o r z e !" V I była w tym Polska, od zenitu Wszechdoskonałości dziejów Wzięta, tęczą zachwytu - -- Polska - p r z e m i e n i o n y c h k o ł o d z i e j ó w ! Taż sama, zgoła, Złoto-pszczoła!... (Poznał-ci-żebym ją - na krańcach bytu!...) VI I - oto - pieśń skończyłeś - - i już więcej Nie oglądam Cię - - jedno - słyszę: Coś?.. jakby spór dziecięcy - -- - A to jeszcze kłócą się klawisze O niedośpiewaną chęć: I trącając się z cicha, Po ośm - po pięć -- Szemrzą: "P o c z ą ł ż e g r a ć ? c z y n a s o d p y c h a ??..." VII O Ty! - co jesteś Miłości-profilem, Któremu na imię D o p e ł n i e n i e; Te - co w Sztuce mianują Stylem, Iż przenika pieśń, kształci kamienie... O! Ty - co się w Dziejach zowiesz E r ą, Gdzie zaś ani historii zenit jest, Zwiesz się razem: D u c h e m i L i t e r ą, I "consummatum est"... O! Ty - D o s k o n a ł e - w y p e ł n i e n i e, jakikolwiek jest Twój, i gdzie?.. znak... Czy w F i d i a s u ? D a w i d z i e ? czy w S z o p e n i e ? Czy w E s c h y l e s o w e j scenie?.. Zawsze - zemści się na tobie: BRAK!... - Piętnem globu tego - niedostatek: D o p e ł n i e n i e ?... go boli!... On - r o z p o c z y n a ć woli I woli wyrzucać wciąż przed się - zadatek! - Kłos?... gdy dojrzał jak złoty kometa, Ledwo że go wiew ruszy, Deszcz pszenicznych ziarn prószy, Sama go doskonałość rozmieta... VIII Oto - patrz, Fryderyku!... to - Warszawa: Pod rozpłomienioną gwiazdą Dziwnie jaskrawa - -- - Patrz, organy u Fary; patrz! Twoje gniazdo: Owdzie - patrycjalne domy stare Jak P o s p o l i t a - r z e c z, Bruki placów głuche i szare, I Zygmuntowy w chmurze miecz. IX Patrz!... z zaułków w zaułki Kaukaskie się konie rwą Jak przed burzą jaskółki, Wyśmigając przed pułki, Po s t o - po s t o - -- - Gmach zajął się ogniem, przygasł znów, Zapłonął znów - - i oto - pod ścianę Widzę czoła ożałobionych wdów Kolbami pchane - -- I znów widzę, acz dymem oślepian, Jak przez ganku kolumny Sprzęt podobny do trumny Wydźwigają... runął... runął - Twój f o r t e p i a n ! X Ten!... co Polskę głosił, od zenitu Wszechdoskonałości Dziejów Wziętą, hymnem zachwytu -- Polskę - przemienionych kołodziejów; Ten sam - runął - na bruki z granitu! - I oto: jak zacna myśl człowieka, Poterany jest gniewami ludzi, Lub j a k - o d w i e k a W i e k ó w - w s z y s t k o, c o z b u d z i ! I - oto - jak ciało Orfeja, Tysiąc Pasyj rozdziera go w części; A każda wyje: "N i e j a !... N i e j a" - zębami chrzęści - * Lecz Ty? - lecz ja? - uderzmy w sądne pienie, Nawołując: "C i e s z s i ę, p ó ź n y w n u k u !... J ę k ł y - g ł u c h e k a m i e n i e: I d e a ł - s i ę g n ą ł b r u k u - -" I bez s-krzypnięcia wstecz ironii, Żeby się udało zrobić coś... III Oh! jakże spałby sobie człowiek Wyższy nad skargi ustawiczne; Lecz cóż? gdy jeszcze i u powiek Roz-siędą się sny ironiczne!!... IV Uczucie zwiedza bez ironii Szlaki bite cudzym cierpieniem; Lecz kto był piérwej tam, wié o niéj, Że jest - koniecznym bytu cieniem. V Ty myślisz może, że wiek złoty, Bez walk, sam przyjdzie do ludzkości? - A gdzież?... powiodą piérw te cnoty, Od których cofa strach śmieszności!... Z których i jednej kostki nie zostanie, Choć będą ludzie, jak byli... III Jak się nie nudzić na scenie tak małéj, Tak niemistrzowsko zrobionéj, Gdzie wszystkie wszystkich Ideały grały, A teatr życiem płacony - IV Doprawdy, nie wiem, jak tu chwilę dobić, Nudy mię biorą najszczersze; Co by tu na to, proszę Pani, zrobić, Czy pisać prozę, czy wiersze - ? V Czy nic nie pisać... tylko w słońca blasku Siąść czytać romans ciekawy: Co pisał Potop na ziarneczkach piasku, Pewno dla ludzkiej zabawy (!) - VI Lub jeszcze lepiej - znam dzielniejszy sposób Przeciw tej nudzie przeklętéj: Zapomnieć ludzi, a bywać u osób - Krawat mieć ślicznie zapięty...! Lecz ciężkiej wiary, że śmierć - tyka osób, Nie sytuacji - - III A jednak ona, gdziekolwiek dotknęła, Tło - nie istotę, co na tle - rozdarłszy, Prócz chwili, w której wzięła, nic nie wzięła - - Człek od niej starszy! Duch czuł, że wyżej głów szukano siły, W pierwo-ocknięciu już bywając skromnym, I choć zmysłami po niebiosach macał, Zgadywał prawdę, gdy w serce powracał. Chaldejski mędrzec, co gwiazd pyta nocą, Perski, egipski i greccy mistrzowie, I kmieć słowiański, gdy przelicza nowie, W niebo się zwykle odnaszają - po co? - Po co najbystrzej szybują orłowie, Gdy się w sztucznych teleskopach złocą, Planety po co błyszczą coraz nowe? Lecz z wszech-tradycji i wszech-wiadomości, Jakie mędrcowie podają i prości, Mąż, co przez mamkę ssał egipskie mleko, A Izraelem był przez krew i Boga, O trumny świata oparłszy się wieko, Mojżesz, wysłyszał Pańską tajemnicę I, pióro Słowu zdawszy Przedwiecznemu, Potopów wielką opisał źródlicę, Tak że nikt po dziś - ni wpierw - równy jemu! Tam - ileż razy wśród żagli pękania Albo na falach światowej zamieci Szukałem kart tych i opowiadania. Skąd Tęczy okrąg ponad Arką świeci? A łza słoneczny promień mi w powiece Siedmiła barwą - i zdawało mi się, Że w tęczę lecę... Takie bo prawo-praw On na Irysie Zakreślił, który Miłość jest, że oto Gniew Jego nawet woła na człowieka: "Sieroto! Ojciec ojców na ciebie czeka." III A ludzie?... ludzi legenda jest inną; Tę - w ziemi laurów, za Werony bramą, Słyszałem - ówdzie stała się już gminną, Gdy indziej Szekspir swą rozniósł ją dramą, I każdy dzisiaj wie - ze słów poety, Kto Montekowie są, kto Kapulety... Zamków dwóch gruzy powyłamywanych Po obu stronach sterczały przede mną, Jako jędz dwojga kły nieprzejednanych; W powietrzu ciężko było - w górze ciemno; Burzy, zdawało się, że spadnie nawał Kląć pychę rodów i waśni domowe, A piorun, wyznam, że mi nie dostawał, I obracałem ku niebiosom głowę, Wietrząc siarczanych tchnień żółtawe światło, Co dwóm ruinom tym służyło za tło. Lecz w chwili właśnie, gdy już, już mniemałem, Że burza wielkim uderzy nawałem, Góry - że echa gromowe rozjęczą, Ironii jakaś siła niezgadniona Zamków dwóch szczyty. . . uwieńczyła - Tęczą ! A jam pomyślił: tu - kłamie i ona!... Czyż łatwiej, łatwiej, planetę zwaśnioną Zeswoić z Tęczą Twórcy rozjaśnioną, Lub upiąć w niebie gwiazdy nowej klamrą, Niż serca ludzi - wpierw, nim ludzie zamrą?! z daleka przynoszący marne wieści. Widzę - dostrzegam, jest niesforny, jak włóczęgi koniec opowieści.